#2 HISTORIE SWIATŁOCZUŁE

ŚWIATY ŚWIATŁOCZUŁE

Na krakowskim Rynku stoi kobieta lat około 30. W rękach trzyma pionowo IPADa i z uporem próbuje w pionowym kadrze zmieścić to czego w nim się zmieścić raczej nie uda.:)
Cofa się kilka kroków, usiłuje odjechać zoomem …na nic ta cała gimnastyka.

Podchodzę… – Pomogę ..- mówię i wyjmuję jej tablet z rąk – nie mówi nic. Patrzy szeroko otwartymi oczami. Przekręcam tablet w poziom, wkładam jej w ręce i mówię : – Teraz się zmieści.

Kobieta uśmiecha się, ja idę w stronę ul.:Szewskiej, za chwilę kończy mi się czas parkowania, a na kontakt ze strażnikami miejskimi jakoś nie mam ochoty….

Odwrócony słyszę dźwięk udawanej migawki …pstryk, pstryk, pstryk …. Chyba się zmieściło… Za chwilę zapewne fotki wylądują na fejsbuku lub instagramie ku uciesze folowersów pokażą sukiennice w śniegu. Kilka nałożonych filtrów zrobi efekt WOW . Polecą lajki, uśmiechnięte buźki i hasztagi w stylu #zazdraszczam #krakowlove #zimawkrakowie #rynekglownykrakow. Za kilka godzin folowersi zapomną, Ona usunie to zdjęcie około kwietnia jak Ipad wyświetli złowieszczy BRAK PAMIĘCI. Zostanie ślad w sieci, który może ktoś kiedyś odgrzebie przeglądając jej zdjęcia na fejsbuniu czy instagramie. Internet nie zapomina nigdy !?

***

Mój tata był człowiekiem wielu pasji. Mam dokładnie to samo. Mało tego – zdałem sobie sprawę że wszystkie moje pasje i wkrętki odziedziczyłem po nim.

Jedną z wkrętek ojca była amatorska fotografia. Posiadał kilka aparatów produkcji zaburzańskich i zaodrzańskich „braci”. Zenit, Pentacon Six, Kiev, Jubitiel….

Uroczystości rodzinne, wczasy, wyjazdy obfotografowane były zawsze maksymalnie jak się tylko dało. Suszące się na  sznurkach w łazience  negatywy zapowiadały  jedno – nocne wywoływanie zdjęć. Wieczorem ojciec uruchamiał w kuchni ciemnię fotograficzną. Granatowy koc wieszany był zawsze na oknie, drugi na drzwiach do kuchni i zaczynały się czary.

Dla 5 – 6 letniego smyka była to nie lada przygoda. Powiększalnik, papiery fotograficzne, kuwety z chemią, pilnowanie czasów ze stoperem w ręku, wałkowanie odbitek na lustrze suszarki… magia.

Fotografia została ze mną do dziś. Używam od wielkiego dzwonu cyfrowej lustrzanki, albo ( o zgrozo ) aparatu w telefonie. Ale prawdziwą frajdę daje mi jedynie fotografia – analogowa. W prawdzie oszukuję trochę w tym analogowym fotografowaniu bo powiększalnik zamieniłem na wysokorozdzielczy skaner i drukarkę atramentową, ale po dziś dzień sam wywołuję negatywy.

Zawsze kiedy ładuję negatyw do koreksu przypomina mi się mała kuchnia z zasłoniętymi kocami oknem i drzwiami, blask oliwkowej żarówki i to oczekiwanie co pojawi się na papierze w kuwecie z wywoływaczem.

Prints Drying In Red Darkroom

Od dawna łapię się na tym, że przeglądam w internecie stare zdjęcia miast, ludzi , zdarzeń.
Jest w tych zdjęciach coś czego tak naprawdę nie da się opisać. Coś czego na próżno szukać w cyfrowych strzałach wykonanych tabletem, telefonem czy lustrzanką cyfrową. I ta pokora dla negatywu – 36 klatek i koniec. Żadnego delete, żadnego cofnij…

Czytałem ostatnio o aplikacji dla iOS i Androida która pozwala na wykonanie 36 klatek jak na negatywie. Po 36 klatkach trzeba odczekać jakiś czas aż soft umożliwi dalsze robienie zdjęć….


W dziwnych żyję czasach. Zostawiam pogoń za pikselami w matrycach, zostawiam ilość wrzuconych na fejsbunia zdjęć. Wolę 36 przemyślanych kadrów niż 120 strzałów z biodra z hasztagami #zazdraszczam #zimawkrakowie #love.

                                                                                                                 

Zwierze Mariackie
foty: prawiedziennik.pl, pinterest.com, fotolia

admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *